facebook

Recenzujemy

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

 

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Kingdom Come: Deliverance, byłem pełen nadziei, ale też obaw. Nieznane, stosunkowo niewielkie studio i wielkie ambicje. Ale na czele projekt stał jednak Daniel Vavra, człowiek, którego największym osiągnięciem były pierwsze dwie części serii Mafia, a te zyskały w Polsce duże grono oddanych fanów (całkiem zasłużenie). Jego nazwisko i zasługi sprawiły, że niecierpliwie czekałem na Kingdom Come. Wreszcie, po ponad sześciu latach produkcji, doczekaliśmy się RPG-a, w jakiego jeszcze nie graliśmy…

O Kingdom Come: Deliverance zaczęto rozmawiać w 2012 roku, a nieco ponad rok później wystartowała akcja na platformie Kickstarter, która miała zachęcić lokalnego sponsora do wyłożenia dużej sumy na dalszą produkcję gry. I udało się! Podziękowania należą się graczom, bo bez nich moglibyśmy nigdy nie ujrzeć finalnej wersji… tego niezwykłego, jedynego w swoim rodzaju dzieła. Dla takich RPG-ów warto modernizować sprzęt, a wielu z nas będzie musiało, bo gra jest wymagająca pod wieloma względami – zarówno w kwestii mechaniki, ale też co do samych podzespołów komputera.

Ciężka dola syna kowala

Kingdom Come: Deliverance nie jest kolejnym RPG-iem fantasy (dzięki Bogu!). Akcja gry rozgrywa się bowiem w średniowiecznej Bohemii, a konkretnie roku Pańskiego 1403. Protagonistą opowieści jest syn kowala. Henryk. Po prostu Henryk. Nie jest on wielką postacią, wielkim bohaterem, a jedynie zwykłym chłopem niewielkiej wsi, która zostaje napadnięta i w wyniku czego ginie jego rodzina. Bohaterowi udaje się jakimś cudem przeżyć, a jego pierwszorzędnym celem okaże się zemsta na oprawcach. Historia gry nie jest kolejną opowieścią „od zera do bohatera”, a przynajmniej nie do końca. Choć Henryk bierze udział w ważkich wydarzeniach, to sam nie jest bohaterem na polu bitwy. Jest jednym z wielu jej uczestników, jednym z wielu takich „Henryków”. Ale zanim do tego dojdzie, musi się wiele nauczyć. Długa droga przed nami i nie będzie ona usłana różami, wierzcie mi na słowo…

Kingdom Come: Deliverance kładzie bardzo duży nacisk na fabułę (dla wielu może zbyt liniowo poprowadzoną, w tonie serii Mafia) i świetnie wyreżyserowane – na silniku gry – przerywyniki filmowe. I każdy kto grał w Mafię, wie, czego można było się spodziewać po Danielu Vavrze. Historia jest przejmująca i zachwycająca. Ech, jak mi brakowało takich RPG-ów… Bethesdo, możecie się uczyć od Czechów. Fani klimatów trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego, oddartej z całej tej magicznej i fantastycznej otoczki, będą zachwyceni. Początek jest dość niemrawy i akcja powoli się rozkręca, ale z czasem nabiera rumieńców, a wątki i otrzymywane zadania są coraz ciekawsze (tu nawet pozornie nieznaczące questy potrafią zachwycić!).

Droga pełna wybojów

Od początku Kingdom Come: Deliverance pokazuje swój wyróżniajacy się na tle konkurencji charakter. Szczerze mówiąc, pod wieloma względami biję tę konkurencję, chociaż rozwiązania tutaj zastosowane są m.in. zapożyczeniami z innych tytułów (rozwój postaci porównywalny do Skyrima, a więc rozwijamy te umiejętności, z których korzystamy – walcząc, nabywamy doświadczenia w walce, skradając, w skradaniu itd. – logiczne) i podobnie jak w naszych rodzimych Wiedźminach, mimo względnie otwartego świata (nie mamy do czynienia z sandboksem!), najważniejsza są historia, zadania, dialogi, czyli to, co lubię w RPG-ach najbardziej. Gra nie tylko pozwala odgrywać dobrze rolę, co jest niezwykle ważne w tym gatunku, ale też nie pozostawia praktycznie nic do życzenia w kwestii, które sobie najbardziej cenię. A trzeba dodać, że za to, jak scenariusz Kingdom Come został napisany, należy się szacunek twórcom. Oby więcej takich produkcji.

Innym czynnikiem wyróżniającym jest spory nacisk na realizm – ale nie tylko ten historyczny (historia czy budowle wzorowane na rzeczywistych odpowiednikach), ale też ten odnoszący się do mechaniki gry. I nie mam na myśli tu tylko wymagającej wprawy walki, ale też np. potrzeby spania, zjadania pokarmów czy nawet nieumiejętności czytania (!), którą Henryk może jednak w odpowiednim momencie gry nabyć.

Walka na pierwszy rzut oka wydaje się toporna, ale jest autentycznie wciągająca i nie polega na jak najszybszym wciskaniu przycisków odpowiadających za atak i bezmyślnym turlaniu się/odskakiwaniu od przeciwnika. Początkowo nawet starcie z jednym wrogiem może skończyć się rychłą śmiercią, zwłaszcza jeśli nie było nas stać na dobry rynsztunek. Dużo zależy od odpowiedniego wyczucia oraz precyzji. Nawet założenie hełmu, który ochroni, ale też zmniejsza znacząco pole widzenia, ma duży wpływ na przebieg walki. Strzelanie z łuku, bez celownika, też jest nie lada wyzwaniem. Ale jak nabierzemy wprawy, to jaka jest satysfakcja! Dla wielu jednak walka będzie przeszkodą – wolne, niekiedy wręcz ślimacze tempo zniechęci graczy, którzy wolą bardziej zręcznościowe starcia, jak w ostatnich Wiedźminach, serii Elder Scrolls czy Dark Souls.

Wbrew pozorom starć (są też bitwy!) nie jest w Kingdom Come aż tak dużo. Zadania można rozwiązywać na różne sposoby, jak to w RPG-ach bywa i nie muszą one polegać na sile fizycznej. Zawsze można powalczyć słowem albo pokusić się o skradanie w zależności od questa. Nieliniowość w zadaniach pobocznych jest akurat duża, a ich zawartość dość różnicowana, jak na tak obszerną, bo starczająca na ponad 50 godzin rozgrywkę. A do tego nie brakuje różnych ciekawych aktywności pokroju gry w kości, ale to standard.

Mimo całej swojej genialności i obszerności przyjemność bywa czasem wątpliwa przez kiepską optymalizację silnika oraz nagromadzenie poważnych błędów i nie mam na myśli tutaj różnego rodzaju „glitchy” (teleportacje!), problemów graficznych (zasięg rysowania obiektów pozostawia wiele do życzenia), ale też niemożność wykonania zadań głównego wątku (miałem problemy już na samym wstępie!). Po sześciu latach oczekiwania można było spodziewać się bardziej dopracowanego produktu… Twórcy niestety wydali go w stanie niedorobionym i choć już wyszły ważące kilkadziesiąt GB łatki, to wciąż wiele rzeczy zwyczajnie „kuleje” i nie pozwala czerpać tyle przyjemności z rozgrywki, ile by się chciało. W drodze jest patch 1.3 (ciągle opóźniany…), który naprawi sporo, ale też doda to, co już zaczynają dodawać fanowskie modyfikacje. Mowa oczywiście o innych utrudnieniach pokroju niemożności zapisywania w każdym momencie. Ogranicza się on tylko do automatycznego save’a w określonych momentach, przespaniu się w danym miejscu czy łyknięciu wytworzonego albo nabytego u kupca sznapsa, przez co czasem możemy stracić kilka godzin gry, jeśli się nam ona wysypie do pulpitu albo polegniemy w walce… Kingdom Come testuje mocno naszą cierpliwość!

Swojskie klimaty

Nie spodziewałem się, że to rzeknę, ale klimat w Kingdom Come jest jeszcze bardziej swojski (można być rzec, że ówczesne Czechy to prawie jak Polska) niż Wiedźminy, szczególnie na tle ostatnich dwóch odsłon serii o Geralcie z Rivii. Lokacje, jakie odwiedzamy, zachwycają klimatem. Może tereny nie są tak zapełnione jak w Wiedźminie 3, ale bardzo mi się spodobał ostateczny, często bardzo „żywy” efekt stworzony przez Czechów.

Oprawa wizualna co prawda nie zachwyca aż tak bardzo, jak można było się spodziewać po materiałach promocyjnych. Użyty silnik CryEngine 3.8 to dobry silnik i w rękach studia Warhorse otrzymaliśmy produkt bez wątpienia ładny (nie rewelacyjny), ale jednocześnie pozostawiający wiele do życzenia pod względem optymalizacyjnym. Trudno powiedzieć, czego bardziej brakowało: talentu czy czasu. Trzymajmy kciuki za to, że uda się poprawić nieco ten stan w kolejnych aktualizacjach gry.

Dźwięk ogólnie rzecz biorąc trzyma dobry poziom – podłożone głosy to nie jest najwyższa „aktorska” półka, ale też nie ma co płakać, w końcu to gra niezależna, choć o dość sporym, przekraczającym 36 mln dolarów budżecie (czym jednak jest ta kwota w stosunku do największych tytułów). Muzyka za to doskonale oddaje atmosferę ówczesnych Czech. Rewelacja – jednym słowem.

Nieoszlifowany diament

Kingdom Come: Deliverance to gra niezwykła, nie mniej niż pierwsza Mafia w swoim czasie. Podobny nacisk na fabułę i realizm zachwycają mnie równie mocno jak kiedyś w produkcji 2K Czech. Studio Warhorse stworzyło jeden z najlepszych RPG-ów ostatnich lat i przede wszystkim pod wieloma względami może nie tyle nowatorski, co wprowadzający powiew świeżości w tym gatunku, co mnie osobiście niezmiernie cieszy i czegoś takiego na rynku mi brakowało. Poleciłbym go absolutnie każdemu, chociaż bardziej wyczulonym na błędy albo posiadającym słaby sprzęt kazałbym się wstrzymać aż do lepszego załatania. Bo jest niestety co łatać… Oby było już tylko lepiej, bo bez wątpienia mamy do czynienia z diamentem. Nieoszlifowanym, ale diamentem. A tymczasem ja wracam do gry, bo przede mną jeszcze dużo zadań pobocznych!

Kingdom Come: Deliverance zostało zrecenzowane dzięki uprzejmości platformy GOG.com