facebook

Recenzujemy

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Blazkowicz to mój przyjaciel, razem się wychowaliśmy, a od naszego pierwszego spotkania minęły już niemal dwie dekady. Nie ma się zatem co dziwić, że łapie się każdej możliwej okazji aby się znowu z nim spotkać. Na szczęście Wolfenstein: The New Order to spotkanie, które zostanie mi w pamięci na długo.

Maciej Persona

 

Quo Vadis Blazkowicz?

Seria Wolfenstein, nie ukrywam, to jedna z najbliższych mojemu sercu. Zagrywałem się do upadłego w Wolfenstein 3D a później głównie w Return to Castle Wolfenstein, aby naprawdę zrozumieć fenomen serii trzeba było zmierzyć się z tymi tytułami w czasie bliskim ich premier, wtedy robiły gigantyczne wrażenie, nieco przesadzona brutalność, gameplay, liczne sekrety i zagadki oraz całe rzesze nazistów do zabicia, czy można chcieć czegoś więcej? Nie bez obaw wyczekiwałem nowego Wolfensteina od Machine Games, śledząc liczne materiały promocyjne miałem jednak coraz więcej zaufania do nowych przygód Blazko. Obecnie mogę już bez cienia wątpliwości stwierdzić, że Blazkowicz wrócił w glorii i chwale, idealnie łącząc tradycje z nowoczesnością.

 

Blazko is back!

Nowe Przygody Blazkowicza to w pewnym sensie restart serii. Przenosimy się do alternatywnej historii Świata, w której to naziści odnoszą zwycięstwo podczas II Wojny Światowej i dominują na całym niemal globie. Mimo iż rozgrywkę rozpoczniemy w 1946 roku to prawdziwa rozgrywka rozpocznie się dopiero w 1960 i to w latach sześćdziesiątych spędzimy większą część gry. Co tu dużo mówić, fabuła to zdecydowanie najjaśniejszy element nowego Wolfensteina, niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że za scenariusz odpowiada sam Tarantino czy Rodriguez. Jest brutalnie, jest ostro, jest emocjonalnie, do tego dorzućmy kilku nieprzeciętnych „schwarz charakterów” oraz towarzyszy Blazko i mamy prawdziwie wybuchową mieszankę. Muszę przyznać, że dawno żadna historia i świat gry nie pochłonęły mnie tak jak dzieło od Machine Games, ostatni raz tak dobrze bawiłem się chyba przy pokręconym i niezapomnianym Far Cry 3.

„Strzelam, dusze, dźgam nazistów”

Czy zabijanie nazistów po tylu latach może wciąż sprawiać Blazkowiczowi i nam frajdę? Oczywiście, że tak! Blazko to „Bloody motherfucking nazist killing machine” jak wyjątkowo obrazowo przedstawia go jeden z towarzyszy. Pomimo, że w dużej mierze Wolfenstein to klasyczny przedstawiciel gatunku FPS, to nie mogło zabraknąć ukrytych przejść i sekretów czy całkiem nowego „skradankowego” podejścia do gry. Co prawda Blazko to nie Corvo Attano z Dishonored, ale skradanie mimo, że dalekie od ideału jest bardzo miłym urozmaiceniem rozgrywki. Nie ma się też co czepiać Wolfenstien: The New Order za nieścisłości czy brak realizmu, bo kogo to tak naprawdę obchodzi gdy Blazkowicz z powodzeniem może strzelać z dwóch broni naraz, nawet jeśli są to karabiny szturmowe czy strzelby. Realizmu zero, frajdy cała masa.

Nieco przesadzona i przejaskrawiona brutalność po raz kolejny przywodzi na myśl twórczość autora Pulp Fiction czy Jango. Strzały potrafią urwać nazistom rękę czy nogę, nie wspominając już o soczystych headshootach. Za przykład na to jak twórcy nowego Wolfensteina umiejętnie łączą tradycję z nowoczesnością niech posłuży fakt, że w grze nie doświadczymy automatycznej regeneracji zdrowia, aby się wyleczyć musimy wyszukiwać i korzystać z apteczek czy zbierać dodatkowy pancerz. Podczas strzelania będziemy mogli korzystać z intuicyjnego i wygodnego systemu osłon, który z całą pewnością niejednokrotnie uratuje nam życie.

Naziści lepsi niż zombie (ale tylko z Blazko)

III Rzesza nie wygrała wojny tylko dlatego, że byli lepsi. Wygrali ją przede wszystkim dzięki nowoczesnej technologii, dzięki której stworzyli potężne maszyny i mutanty walczące w ich sprawie. Na moc przeciwników Blazkowicz narzekać nie może, oprócz standardowego „mięsa armatniego” w postaci zwykłych szeregowców spotkamy też: oficerów, ciężkozbrojnych, mniejsze i większe roboty  czy wściekłe psy zakute w metalowe zbroje.

Stary, dobry Blazkowicz

Nowe przygody B.J. Blazkowicza na konsoli Xbox 360 wyglądają bardzo dobrze, pomimo lecących latek, konsola Microsoftu wciąż udowadnia, że można na nią tworzyć dobrze wyglądające produkcje. Na uznanie w Wolfenstein: The New Order zasługują aktorzy podkładający głosy postaciom. Brzmią przekonywująco i charyzmatycznie, dodatkowo na uwagę zasługuje fakt, że dość często przyjdzie nam usłyszeć nasz ojczysty język (Blazko ma w końcu polskie korzenie), co nie ukrywam jest bardzo miłe dla uszu i duszy. Nie ma co się dalej rozpisywać bo naziści czekają na eksterminację. B.J. Blazkowicz wrócił jeszcze bardziej zły, wkurzony i rządny mordu. To powrót jakiego nie można przegapić. Czy nowy Wolfenstein ma jakieś wady? Pewnie trochę się ich znajdzie, ale przez całą masę frajdy, która wręcz wylewa się z ekranu monitora nie dostrzega się ich prawie w ogóle.

P.S – Wystawienie oceny Wolfenstein: The New Order przeze mnie mija się z celem, jestem fanem serii, fanem Blazkowicza, zwariowanych, przerysowanych historii i gier bez żadnych ułagodzeń. Jeśli macie podobnie to bez wahania dajcie szansę nowemu Wolfensteinowi już dziś, jeśli nie, poczekajcie aż trafi się okazja i spróbujcie mimo wszystko.