facebook

Recenzujemy

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 


Nieco ponad roku temu zadebiutowała podstawowa wersja gry Destiny, będącej owocem miłości studia Bungie, studia, które zdaniem wielu zrewolucjonizowało granie na konsolach. Twórcy serii Halo po rozbracie z Microsoftem postanowili stworzyć kolejny projekt zupełnie od podstaw i po swojemu. Tak zrodziło się Destiny, sci-fi FPS, który był inspirowany między innymi serią Borderlands. Jak wszyscy wiemy Destiny, choć okazało się tytułem solidnym, dalekie było od ideału. Gracze narzekali na szereg rzeczy, z czego niektóre twórcy starali się naprawiać na bieżąco, inne poprzez DLC. Ostatecznie po roku od premiery otrzymaliśmy pełnoprawny dodatek Destiny: The Taken King, dodatek, który pokazał jak najnowsze dzieło Bungie powinno wyglądać od początku.

Jest lepiej

Nie da się ukryć, że pomimo licznych niedoróbek Destiny potrafiło sprawić masę frajdy. Przez ostatni rok regularnie wracałem do gry, za każdym razem bawiąc się naprawdę dobrze. Dwa dodatki DLC, które ukazały się po premierze dodawały sporo zawartości i poprawiały rozgrywkę, niestety nie wszystkie problemy i bolączki dało się w ten sposób rozwiązać. Jednym z najsłabszych elementów podstawowej wersji Destiny była główna kampania, krótka, kiepsko napisana historia składająca się z co najwyżej poprawnych misji nie przykuwała do monitora, a co gorsza nie wykorzystywała potencjału ciekawego i intrygującego uniwersum. The Taken King podchodzi do tego tematu zupełnie inaczej i w Hitchcock'owskim stylu zaczyna od trzęsienia ziemi, aby później stopniowo zwiększać napięcie aż do wielkiego finału, który naprawdę może się podobać. Choć fabuła prowadzi nas za rękę od początku do końca to nie możemy narzekać na nudę, misje są ciekawe, urozmaicone (np. inspirowana skradankami, która zmusi nas do unikania przeciwników), a sama historia zwarta i zdecydowanie lepiej napisana od tej z podstawowej wersji gry.


To co zasługuje na uznanie w Taken King to między innymi dodatkowe wątki fabularne, które toczą się po finałowej walce. Będąc już przy zadaniach warto pokreślić, że Destiny zmieniło trochę układ sił w swojej produkcji. Obecnie w Destiny jest nieco mniej grindu a więcej zadań. Dodatkowe zadania wiążą się nie tylko z nową historią czy dodatkowym doświadczeniem, ale wiele z nich pozwala na zdobycie unikalnego wyposażenia, którego nie da się zdobyć w żaden inny sposób. Najbardziej wymagające zadania składają się wielu etapów, których oczywiście nierozłącznym elementem będzie grind, jednak satysfakcja po zdobyciu niektórych egzotycznych przedmiotów wręcz bezcenna. Warto też dodać, że po raz pierwszy pojawiły się w grze egzotyczne bronie dostępne tylko dla konkretnej klasy postaci.


MMOFPS-RPG?

Twórcy Destiny nigdy nie ukrywali, że chcieli stworzyć ogromy sieciowy świat, który kształtowany byłby przez samych graczy, co prawda póki co jeszcze do tego daleka droga. Jednak The Taken King, jak również działania Bungie, w przeciągu miesiąca od premiery pokazują, że uniwersum coraz bardziej będzie zmierzać w kierunku gier z gatunku mmo. Pewne podwaliny Destiny już ma, nowa strefa jaką otrzymaliśmy to Dreadnaught, wielki statek, który należy do Oryxa - tytułowego antybohatera dodatku. Dreadnaught odwiedzać będziemy zarówno w misjach, strike'ach (3 osobowe misje kooperacyjne), rajdzie, a także w swobodnej eksploracji. To co mnie urzekło najbardziej, to powiązanie ze sobą wszystkich tych elementów w nić fabularną, na przykład aby odblokować możliwość patrolowania (swobodnej eksploracji) Dreadnaught'a  musieliśmy wykonać zadanie z tym powiązane. Statek Oryxa to absolutnie najlepiej zaprojektowana miejscówka w grze. Znajdziemy tam całą masę sekretów, poukrywanych przedmiotów i ciekawostek czy publicznych eventów, a co najważniejsze - wygląda niesamowicie klimatycznie. Muszę przyznać, że najwięcej czasu podczas zabawy z The Taken King spędzam właśnie na Dreadnaught'cie.


Oczywiście nie tylko nowy obszar jest zwiastunem zmian w świecie Destiny, zgodnie z tradycją gier mmorpg, stary sprzęt, który tak pieczołowicie zbieraliśmy przez ostatni rok poszedł w odstawkę a zastąpią go zupełnie nowe pancerze i narzędzia mordu, zupełnie nowe to może przesada bo spora ich część to tak naprawdę nieco poprawione/zmodyfikowane przedmioty z pierwszego roku gry. Trzeba jednak oddać Bungie, że nie idą na całkowitą łatwiznę i tak w grze pojawiła się nowa klasa broni: miecze, działające w myśl zasady „duże ryzyko duża nagroda”. Po raz pierwszy również pojawiły się w grze egzotyczne bronie dostępne tylko i wyłącznie dla konkretnej klasy postaci. Najsmutniejszą przesłanką jest niedawne wprowadzenie mikrotransakcji, ta wiadomość była skrupulatnie ukrywana przed premierą, a nawet w pierwszych tygodniach po premierze. Niestety ostatecznie mikrotransakcje zawitały do Destiny, póki co wiążą się one z całkowicie kosmetycznymi zmianami jak: nowe emotki, jednak twórcy wyraźnie badają grunt pod większe zmiany. Również ostatni Halloweenowy event pokazuje, że Bungie chce aby Destiny niczym World of Warcraft było żyjącym 365 dni w roku światem.


Zmiany, zmiany, zmiany

Niezła historia? Jest! Nowy obszar? Jest! Nowe zabawki do kolekcjonowania? Są! To oczywiście nie wszystko co do zaoferowania ma The Taken King. Dodatek oferuje nam trzy nowe podklasy, po jednej dla każdej z klas występujących w grze, i tak: Tytan otrzymał Sunbreaker'a, władającego ognistym młotem żywo przypominającego mitycznego Mjolnira, Łowcy otrzymali specjalny łuk i podklasę Nightstalker'a, wreszcie Warlock otrzymał podklasę mocno inspirowaną lordami Sithów - rażącego piorunami Stormcaller'a. Każda klasa otrzymała zatem podklasę o brakującym jej „żywiole”. Muszę przyznać, że mój początkowy wybór padł na moją ulubioną klasę czyli Tytana. Sunbreaker to najbardziej ofensywnie usposobiona specjalizacja, skupiająca się wokół zdolności „super” czyli możliwości przywołania ognistego młota, którym ciskamy we wrogów. Sunbreaker jest dynamiczny i sprawia masę frajdy, zdecydowanie jest to to czego brakowało tytanom, choć początkowo gracze narzekali, że jest to przesadzona podklasa, szczególnie w pvp, to po kilku tygodniach większość graczy coraz sprawniej radzi sobie z unikaniem ognistych tytanów.


Stormcaller czyli „unlimited power” warlock to niesamowicie efekciarska specjalizacja. Władza nad elektrycznością i rażenie przeciwników piorunami wystrzeliwanymi z dłoni nigdy nie przestanie być w modzie. Na koniec pozostają łowcy, którzy otrzymują specjalny łuk, który umożliwia im świetne kontrolowanie przeciwników, bowiem po wystrzeleniu strzały w jej miejscu przeznaczenia pojawiają się macki, które spowijają wrogów osłabiając ich, spowalniając i zwiększając ich podatność na obrażenia. Muszę przyznać, że choć jestem wielkim fanem łuków to naprawdę ciężko było mi wczuć się w tą podklasę łowcy, z reguły super zdolności powodują, że przez chwilę czujemy się prawdziwymi „badassami”, których nikt i nic nie jest w stanie pokonać. W wypadku Nightstalkerów i ich zdolności nie mamy tego uczucia nawet przez chwilę, oczywiście satysfakcja z dobrze wystrzelonej strzały, która szczególnie w pve przy dobrze zgranej drużynie potrafi zdziałać cuda - jest, to ciężko było mi Nightstalkerem czerpać tą samą radość z rozgrywki co Tytanem czy Warlockiem.


Mamy nowe zdolność, to dobrze byłoby je wykorzystać na nowych przeciwnikach, na szczęście i o tym aspekcie nie zapomniało Bungie. Choć początkowo obawiano się, że Bungie poszło na skróty a nowi przeciwnicy to tylko znane do tej pory monstra w nowych skórkach to tak na szczęście nie jest. Pochłonięci przez Oryxa przeciwnicy choć dobrze znani, nauczyli się wielu nowych sztuczek. The Taken wydają się być bardziej agresywni a na polu walki regularnie korzystają z całej gamy zdolności, które potrafią namieszać nam w szykach. Co ciekawe, w wielu nowych strike'ach układ sił przeciwników nie zawsze będzie taki sam, pewna losowość przeciwników ma sprawić, że trzyosobowe kooperacyjne zadania staną się mniej nużące po dłuższym czasie spędzonym w grze.


Nowy/stary Ghost

Jeśli chodzi o warstwę artystyczną to zmian nie ma aż tak wiele, należy pamiętać, że The Taken King to jednak tylko dodatek. Świetna ścieżka dźwiękowa znana z podstawowej wersji gry doczekała się nowych, nie gorszych, utworów. Zmian w, i tak dobrej, oprawie graficznej raczej nie dostrzeżemy. Największą zmianą, choć czy na lepsze ciężko powiedzieć, jest zastąpienie w roli naszego towarzysza, Ghosta Peter'a Dinklage'a Nolanem Northem, znanym choćby jako Nathan Drake z serii Uncharted. Ghost w The Taken King odgrywa znacznie większą rolę, tym samym mamy znacznie więcej okazji do posłuchania zdolności Pana Nolana Northa. Choć Peter Dinklage ewidentnie nie poradził sobie w tej roli to ciężko powiedzieć czy, doświadczony przecież w branży gier wideo, Nolan North wypada znacznie lepiej.


Quo Vadis Destiny?

The Taken King to świetny dodatek, który automatycznie podnosi jakość Destiny. Choć cena dodatku została ustalona dość wysoko (cena pełnoprawnego premierowego tytułu) to warto podkreślić, że w pudełku z grą znajdziemy automatycznie podstawową wersję gry i obydwa wydane wcześniej DLC. Bungie nie spoczywa na laurach i cały czas pracuje nad grą, otrzymujemy kolejne eventy i zadania, które trzymają nas przy Destiny. Niestety wiadomo również, że na nadchodzący rok praktyka studia ma być znacząco odmienna od tej z minionego roku. Niemal na pewno nie ujrzymy większych płatnych DLC, a zastąpią je małe bezpłatne dodatki i patche poprawiające i usprawniające rozgrywkę. Wydaje się, że The Taken King ma nas „przetrzymać” aż do czasu wydania Destiny 2, póki co udaje mu się to nad wyraz dobrze.

Destiny: The Taken King w wersjach na PS4 i Xbox One kupić możecie w 3kropki.pl